Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych – w walce o prawdę

Redakcja IUVENIS - 24.11.2017
222

Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych – w walce o prawdę

Do dzisiaj wiele rodzin nie wie, co stało się z ich bliskimi, którzy zniknęli w trakcie II WŚ. Nawet jeśli posiadają jakieś informacje, mogą się one okazać nieprawdziwe. Pani Elżbieta Rybarska jednak dotarła do prawdy o swoim dziadku. Dziś pomaga innym rodzinom w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, co się stało z ich krewnymi.


Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych powstało po to, żeby każda rodzina mogła dociec prawdy o swoich bliskich. Pani Elżbieta Rybarska sama potrzebowała sporo czasu, aby przekonać się, że jej dziadek wcale nie zmarł z powodu kataru żołądka. Okazało się nawet, że podane miejsce zgonu jest nieprawdziwe.

Fort VII w Poznaniu

W trakcie II WŚ wielu przedstawicieli polskiego społeczeństwo było wywożonych, również z terenów Wielkopolski. Dotyczy to zarówno polskiej inteligencji, jak i osób, które według Niemców działały w konspiracji, nieodpowiednio wykonywały pracę czy po prostu przestały być użyteczne. W rozmowie z Głosem Wielkopolski historyk i kustosz Muzeum Martyrologii Wielkopolan, Leszek Wróbel, stwierdził, że:

Fort VII (w Poznaniu, przyp. red.) był obozem przejściowym. Więźniowie byli przewożeni do kolejnych obozów, ale rodzin już nikt o tym nie informował. Niektórym więźniom pozwalano napisać list lub kartkę z obozu, gdzie zostali osadzeni, tak rodziny dowiadywały się, gdzie przebywają.

Rodzina Pani Elżbiety również otrzymała wiadomość od jej dziadka Romana Durka. Z Fortu VII Wielkopolanie trafiali do kolejnych obozów w Dachau, Mauthausen, Gusen, Buchenwald, w późniejszym okresie również do Auschwitz. Dziadek Pani Elżbiety trafił do Mauthausen, skąd poinformował rodzinę, że czuje się dobrze i nic mu nie dolega. Najprawdopodobniej nie była to prawda, gdyż według znalezionych informacji, dzień po napisaniu listu już nie żył.

Szukanie prawdy

Według dokumentu z 1 kwietnia 1946 roku, wydanego przez Urząd Stanu Cywilnego w Poznaniu, Roman Durek zmarł z powodu kataru kiszek w Dachau. Jest to pierwsza nieścisłość, biorąc pod uwagę wcześniej wysłany list. Gdy Pani Elżbieta trafiła na dokument w trakcie robienia porządków, rozpoczęła długą drogę do odkrycia, co tak naprawdę stało się z jej dziadkiem. Zabrała swoją mamę do Dachau, jednak w tamtejszej Izbie Pamięci nie znalazła śladów swojego krewnego.

Po długich poszukiwaniach w archiwach Pani Elżbieta trafiła do Bad Arolsen. To niemieckie miasteczko jest największym archiwum wojennym, które posiada dokumenty ponad 17 mln osób. I to tam Pani Elżbieta natrafiła na pierwsze ślady, mogące poświadczyć o prawdziwym losie jej dziadka.

 Natrafiłam tam na pierwszy ślad mówiący, że dziadek mógł wcale nie zginąć tam, gdzie myśleliśmy. W 2011 r. dostałam z Bad Arolsen odpowiedź na moje pismo z informacją, że Roman Durek zmarł 21 lipca 1942 o godzinie 12.30 z powodu odmowy pracy serca i układu krążenia przy katarze żołądka. Jako miejsce zgonu podano Dachau – opowiada Rybarska. – Poniżej, drobnym drukiem widniała jednak adnotacja. „Tak zwane <> (więźniowie chorzy i niezdolni do pracy) byli według naszego rozeznania kierowane do dawnego zakładu eutanazji Schloss Hartheim”. Ten tajemniczy zapis, na pozór bez związku, dał mi do myślenia.

Akcja T4

Po dalszych poszukiwaniach okazało się, że Roman Durek zginął w zamku śmierci w Hartheim w Austrii w ramach tzw. Akcji T4. Polegała ona na „eliminacji życia niewartego życia” (niem. „Vernichtung von lebensunwertem Leben”). Niewartymi życia według Niemców były osoby chore psychicznie, kalekie, niezdolne do dalszej pracy czy po prostu inwalidzi. Dziadek Pani Elżbiety Rybarskiej z powodu niedowładu lewej ręki, spowodowanego wypadkiem, zaliczał się do przedostatniej grupy. Pomimo niepełnosprawności pracował nadal, nawet w obozie w Dachau.

Gdy już jasnym stało się, że Roman Durek został przewieziony do zamku śmierci i tam zamordowany, Pani Elżbieta wraz z matką udały się do Hartheim. Nawiązała tam kontakt z dyrektorem obecnego muzeum, a samo miejsce wizytował kilkukrotnie. Wygłosiła nawet przemówienie w październiku 2016 roku, w którym mówiła:

 W maju 1940 r. przewieziono dziadka do Dachau. Od tamtej pory stał się numerem 10 568 – mówiła. – Mimo kalectwa pracował jako obozowy niewolnik przez dwa długie lata aż do pełnego wyczerpania. Potem staje się dla niemieckich oprawców „istnieniem niewartym życia z przeznaczeniem do likwidacji w ramach akcji T4. <<Ostatnimi siłami wgramolił się na przyczepę samochodu>> – tak zapamiętali transport z Dachau współwięźniowie dziadka. Z <> przyjechał do Hartheim 4 maja 1942 r. i tego samego dnia został zagazowany, spalony i zmielony w pył. Jego prochy rozsypano w przyzamkowym ogrodzie…

Pomóc innym

Droga Pani Elżbiety do odkrycia prawdy była niezwykle długa i męcząca, przede wszystkim z powodu błądzenia po omacku. Żadna z instytucji nie wykazała zainteresowania i chęci pomocy, tylko dzięki własnej zawziętości odkryła prawdę o swoim dziadku. Dziś chce pomagać pozostałym rodzinom, które szukają informacji o swoich bliskich. Właśnie dlatego założyła Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych. Pomaga ono w poszukiwaniu informacji i nawiązaniu kontaktów z odpowiednimi archiwami. Sama Pani Elżbieta Rybacka jest w posiadaniu listy z prawie 2000 tys. nazwisk osób wywiezionych z Wielkopolski i zamordowanych w obozach.

Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych, źródło: Facebook

Stowarzyszenie organizuje również regularne wyjazdy do Mauthausen, Dachau oraz Hartheim. 24-25 listopada odbędzie się I Ogólnopolski Zjazd Stowarzyszenia w Kaliszu.

 

Na podstawie artykułu „Tysiące kilometrów i setki minut w poszukiwaniu prawdy o dziadku„, Głos Wielkopolski

Comments

comments

222
Komentarze
Sonda

Czy należysz do lokalnego Klubu Seniora??

Loading ... Loading ...